Strona:Józef Ignacy Kraszewski - Na cmentarzu, na wulkanie.djvu/111

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


zuwjuszu przez jednego jeszcze Anglika i to w sposób niepospolity.
Obok Sir Augusta stała ugrupowana cała jego rodzina i panna Joly, której Vesuvio przypominał nieco Szwajcarję, znajdowała jednak że Alpy daleko są piękniejsze i wspanialsze, a ta góra z kominem i trochą dymu wydawała się jej d’un gout médiocre! — Sir August oglądał się ku wierzchołkowi ciągle i wzdychał, gdyby wulkan raczył umyślnie na jego przybycie wybuchnąć i gdyby! gdyby tak był grzeczny jak burza w Pizie! Niestety, przewodnicy nie śmieli obiecywać nic, góra zwykle pewnemi symptomatami zapowiada każdą mającą nastąpić erupcją, znaków tych przygotowawczych brakło, trzeba się było zadowolnić powszednim dymem, a może kilką kamieniami.
Pani Price, mimo obycia się z fantazjami męża, okazywała nieco przestrachu i o tyle życzyła aby się wulkan zachował spokojnie, o ile Sir August pragnął aby się pogniewał. Młodzieniec Robert spoglądał obojętnie na piękny widok u stóp jego rozciągnięty, panna Marja przypatrywała się kwiatkom nieznajomym, które postrzegła pod kasztanami. Opodal nieco stali ugrupowani artyści: Sestini w uniesieniu nad kolorytem krajobrazu tak żywym a tak doskonale harmonijnym, Przeręba zadumany może o chmurniejszem niebie, którego dawno nie oglądał, Spauer filozofujący nad naturą-artystą, i Julja Sestini napawająca się szczęściem męża, nie spuszczająca oczów z jego twarzy rozpromienionej.
Tym może najwięcej kosztowało ofiar dostanie