Strona:Józef Ignacy Kraszewski - Na cmentarzu, na wulkanie.djvu/101

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Garbus zacierał ręce, — Il Vesuvio! myśl pierwsza najlepsza.
— Albo Katakumby św. Januarego ubogich? Katakumby, ozwał się Spauer, opowiadanie w Katakumbach, c’est très original!
— Katakumby te nie są tak ciekawe, przerwał garbus.
— Pochowano w nich masę trupów w czasie cholery, rzekł pargaminowy ze złością, moglibyśmy zarazić się, to by było cudownie!
— Na głosy! na głosy! krzyknął Anglik, kto trzyma za Wezuwjuszem?
Nawet mumja głosowała za Wezuwjuszem, hrabina się uśmiechała dziwnie. — Za miesiąc na Wezuwjuszu! rzekła cicho, wybornie.
— Zamawiam sobie, że przerwany ten wieczór, którego miałem szczęście być gospodarzem, dokończycie Państwo, jako moi goście, na Wezuwjuszu.
— Tym czasem trzeba by się postarać, abyśmy trafili na wybuch, któryby był wcale pożądany; możeby kto z nas życie postradał, toby doskonale zakończyło epizod podróży!! rzekła mumja szyderczo.
— Pan masz myśli tragiczne, ozwał się garbus.
— Kwaśne, kwaśne, uśmiechając się i poziewając razem odparł hrabia, a więc spotkamy się nad kraterem Wezuwjusza.
— Kto tylko będzie mógł, zawołał Spauer, my nawet piesi podróżnicy o kijach.
Hrabina patrzała i uśmiechała się dziwnie.
— Dla jednej mojej historji doprawdy nie wartoby tylu zachodów, odezwała się, ale mamy drugą daleko zapewne bardziej zajmującą — pana hrabiego.