Strona:Józef Ignacy Kraszewski - Na cmentarzu, na wulkanie.djvu/102

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


— Tak! tak! zawołał pargaminowy, moja istotnie żywo może was zająć, jest bardzo piękną, cudowną jak bajka, dziwaczną i nie będę z niej nic ukrywał, daję słowo, ręczę, iż ją znajdziecie nader ciekawą, osobliwie zakończenie!! o, postaram się o prześliczne rozwiązanie...
Sir Price uśmiechał się uszczęśliwiony, myślał może w tej chwili o iluminacji Wezuwjusza, gdyż głęboko był zadumany.
— Za pozwoleniem, przerwał Spauer, a jeśliby kto z nas miesiąca tego nie dożył?
— Słuszna uwaga, mruknęła mumja ożywiająca się coraz bardziej, i toby się trafić mogło!
— Ha! rzekł garbus z uśmiechem, duch nieboszczyka powinien się stawić na Wezuwjuszu, wszak ci duchy dostają niekiedy urlop na ziemię, powinien się zmarły postarać o pozwolenie, a wędrówka przyjdzie mu łatwiej jak nam.
Tym żarcikiem dosyć smętnym skończono rozmowę, dzień dobry świtał, gdy się rozchodzić poczęto do mieszkań zamówionych.
Sestini z żoną poszedł pieszo, korzystając z poranku do małego domku w okolicy, który zajmowali, a mumja posłała po veturyna, rozkazując co najprędzej zaprzęgać.
Stał on właśnie ziewając znowu, gdy piękna hrabina, na której twarzy znużenie i poranek po nocy bezsennej starły żywe kolory, przesunęła się mimo niego powoli.
— Więc do widzenia na Wezuwjuszu! zawołał szyderczo.
Odwróciła się powoli.