Strona:Józef Ignacy Kraszewski - Na cmentarzu, na wulkanie.djvu/100

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


— Jakkolwiek, rzekł, bardzo by mi było miło usłyszeć historję pani, i pana, coś nam ją winien także, ale nie śmiem, możebyśmy dla oryginalności dali sobie inną schadzkę w innem miejscu?
— Myśl wyborna, przerwał garbus, nie ma jak ci Anglicy do oryginalnych pomysłów, zgoda! zgoda! wszak wszyscy podróżujemy.
— Prócz nas, rzekł Sestini, ale ponieważ i ja w tym roku mam ruszyć na artystyczną wędrówkę, możebyśmy...
— Ale nadewszystko, dorzucił garbus, nie umawiajmyż się spotkać gdzie w oberży, znajdźmy sobie odpowiednią, ciekawą jakąś i niepospolitą stację.
— Ja miałem ochotę jechać do Neapolu, rzekł Sir Price.
— Bardzo dobrze, historję swą hrabina dokończyłaby na Wezuwjuszu!
Sir Price pochwycił natychmiast podaną mu ideę.
— Przedziwnie! dajmy sobie miesiąc czasu i, — Wezuwjusz.
Wszyscy spojrzeli, śledząc na twarzach zgody.
— Albo w Capri przy kaplicy! widok tak prześliczny, miejsce tak dziwnie ekscentryczne, ta skała na morzu!
— Albo na kamieniach w grocie niebieskiej, rzekł uśmiechając się pargaminowy, mielibyśmy i tę jeszcze szansę, że morze by przybrało, zalało wnijście i konalibyśmy z głodu, opowiadając sobie męczarnie przeszłe tem wymowniej, że teraźniejsze wrażenia stałyby z niemi w parze.