Strona:Józef Ignacy Kraszewski - Na cmentarzu, na wulkanie.djvu/99

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


przyjemnie spędziliśmy noc, ale siły się wyczerpują, ja nie będę w stanie nic powiedzieć.
To mówiąc wstał.
— Nie prawdaż hrabino, rzekł, czas odpocząć, wszyscyśmy podróżni, każdy z nas ma ciężką pańszczyznę do odbycia, widzieliśmy Campo Santo, ale bazylika, wieża pochyła, baptysterjum, Academia delle belle arti, kościołek ciernia pańskiego i tyle ciekawych gmachów. Wszak jedziemy w świat, może się spotkamy gdzie jeszcze, dokończym opowiadania.
Mówił głosem przerywanym, niespokojnym, gorączkowym, hrabina się uśmiechała ale milczała.
— Sądźcie państwo co mam czynić, odezwała się cicho.
— Ale to okrucieństwo, pod pozorem dnia pozbawiać nas tego co wieczór mógłby nam dać najbardziej zajmującego, to się nie godzi, rzekł garbus. Gdybyśmy mogli przewidzieć, lepiej było jedną z poprzedzających historyjek darować, a nie tę, na którą zaostrzasię właśnie cała ciekawość nasza.
— Ale to okrucieństwo trzymać nas do białego dnia, Sir Price odwołuję się do praktyczności, do grzeczności angielskiej, ta pani, — wskazał na hrabinę, — jest widocznie znużoną niezmiernie, historja obiecuje się jakaś bolesna, mamyż z łakomstwa doprowadzać ją do choroby może, do...
— Ja wszakże nie czuję się znużoną, przerwała hrabina, i gotowam spełnić to, do czego się zobowiązałam.
Sir Price poglądał po wszystkich okiem niepewnem, badającem.