Strona:Józef Ignacy Kraszewski - Na Polesiu T. 2.djvu/231

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


chowickiej przejść na warszawskie likiery. Gotów był przenieść się do stolicy i służyć córce.
Piękne te marzenia, jednego dnia, gdy p. Dyonizy zajechał przed Borucha, parą ładnych koników, i wysiadł, dysponując, aby mu osobny pokój dano (teraz już inaczej tu nigdy nie stawał) — rozbiły się o list, który mu z poczty przyniesiono.
W niebytności hrabiny nie posyłano ze Skomorowa po listy, i ten parę dni poleżał. P. Dyonizy, poznawszy rękę córki, zabrał się przyoknie do czytania, nie przeczuwając złego, gdy rzuciwszy okiem na pismo, odprostował się dumnie, brwi zmarszczył i zżymnął gniewnie.
Boruch właśnie na próg wchodził, dosyć poufale witając starego znajomego. Byli z sobą na bardzo poufałej stopie, chociaż Sumak miał żal wielki do całej rodziny Warszawskich, za to, że się śmiała poufalić z jego córką, hrabiną. Wymawiał to pokilkakroć Faustynie, przyjmującej uwagi ojcowskie — aby się z lada żydami nie pospolitowała — z obojętnym uśmieszkiem.
— A to mi się podoba! — zawołał do Borucha Sumak, ręką w list uderzając — to mi się podoba! Jak Boga mego kocham, ta kobieta oszalała!
— Hm? Cóż takiego? — ręce za pas zakładając — spytał Boruch.
— Ale to nie może być! — dodał oburzony Sumak.