Strona:Józef Ignacy Kraszewski - Na Polesiu T. 2.djvu/119

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— Niepotrzeba — rzekł spokojnie — weź tylko, lak, leży na biurku w prawo i pieczątka przy nim, ta, co w drzewo oprawna— zapieczętuj. A adres: „księdzu wikaremu“, i — „pilno“. — Rozumiesz — pilno, podkreślić.
Pod półeczką leżą drobne pieniądze: dwa złote dać posłańcowi i niech jedzie na całą noc.
Wszystkie te dyspozycye Steńka, której twarz ogniem paliła, spełniła, jak umiała i mogła.
Trzymała już gotowy list ten nieszczęsny, który o losie jej stanowił, gdy hrabia zawołał:
— Popraw mi poduszkę; zsunęła się. — Musiała Steńka położyć list i, choć z rosnącą trwogą, wziąć się do poprawienia poduszki. Czynność tę, do której, pilnując nieraz na pensyi chorych swych współuczennic, była nawykłą, spełniła bardzo zręcznie i — mimowolnie, z takiem staraniem troskliwem, z taką niewieścią delikatnością, że hrabia widocznie był tem uradowany, ale nie powiedział słowa; tylko, gdy już była u progu:
— Oddać list Antkowi; niech zaraz wyprawi. Proszę o tem ani pisnąć!
W progu Steńka się uczuła tak osłabłą i pomieszaną, że stojącego Antka nie spostrzegła i byłaby go pominęła, gdyby sam jej nie zaczepił, bo z pewnością podedrzwiami podsłuchywał.
W kilku słowach zdawszy mu, co hrabia polecił, Faustyna wróciła do oczekującej na nią Pa-