Strona:Józef Ignacy Kraszewski - Na Polesiu T. 2.djvu/120

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


kulskiej w takim stanie, iż zanosząc się od tłumionego płaczu, padła na jej ręce.
Ekonomowa, przelękła, odprowadziła ją do łóżka, na które się rzuciła, twarz kryjąc w poduszki, aby jej płaczu w sąsiednim pokoju słychać nie było.
Pakulska, nie wiedząca o niczem — łez tych zrozumieć nie mogła. Siadła tylko przy niej, uspakajając.
— Dajle tym łzom pokój... Przecież nie łajał i nie klął, jak drugich. On już takim się narodził, że delikatności żadnej nie ma.
Jak ta noc przeszła dla nieszczęśliwej skazanej — opisywać nie potrzebujemy.
Zrana powołany został Antek.
— Zadysponuj tam obiad taki, aby na dwie osoby więcej było co jeść-rzekł hrabia spokojnie. Będą goście; wysadzać się nie trzeba, ale starą kurę na rosół zabić — mięso jest świeże?
— Wyszło-rzekł Antek krótko.
— Pekelflejszu zgotować... Zresztą, idź do Pakulskiej, niech ona z panną o obiedzie myślą — ale mi nie expensować. Sił jaja, kasza i mleko.
Antek próżno sobie głowę łamał nad tem, jakich gości spodziewał się hrabia i zły był, że robił z tego przed nim tajemnicę. Ale był to dzień, w którym Sochor przyjeżdżał zwykle: posądzał więc, że może drugiego z sobą przywiezie lekarza.