Strona:Józef Ignacy Kraszewski - Kordecki tom II.djvu/197

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.
197

ciw, a ze spiżarni jeszcze na strychu izdebinę w murach na składzik...
— Izdebinę, mówicie? — spytała staruszka.
— Ale ba! dawajno igły, możeś zgubiła?
— Ot są, ale gdzież ta izdebina?
— Ot! gdzie? okienkiem na dziedzińczyk przeciw murów od zachodu! Jakbyś to nie wiedziała! Co się tak rozpytujesz? czy kraść myślisz?
Stara zaniemiała, xiądz Paweł spójrzał.
— Cóż to tobie do tego?
— A tam kule szwedzkie mogą dójść? — spytała.
— Czemu nie? drogi nie pytają, a jak pani Płazinéj faskę z masłem rozbiją, nie straszna ruina i niewielki lament.
Stara podumała i odeszła, brat Paweł rozpoczął śpiéw i łataninę xiędza Stradomskiego, i zamyślił się, zamyślił, boć było o czém: trzeci raz jedne dziury zaklejał.