Strona:Józef Ignacy Kraszewski - Kordecki tom II.djvu/196

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.
196

do saméj Brzuchańskiéj, i mówiłam żeby dała prawdziwych norymberskich dla was; nawet bałam się tu idąc oddać ich xiędzu Rudnickiemu.
— Co ty wszystkich dziś xiężysz! — odezwał się śmiejąc brat Paweł — on taki xiądz jak ja... prawda że profess, ale wszystkoż jeszcze bez kaptura... No! dajże mi te igły, daj, — niecierpliwiéj dodał — byle tylko dogodne, jakich mi potrzeba, a uchaż dobre?
— Ale nie dam, aż mi cóś powiecie.
— Oho! jest szust, a cóż ci powiedzieć, może którędy dusza wychodzi z człowieka?
— Ale nie xięże Pawle...
— Zawsze mi się przypochlebiasz tym xiędzem! Jak wié z któréj beczki zacząć, no i cóż ci tam tak wiedzieć pilno?
— Proszę xiędza Pawła, ci państwo Płazowie, wszak ich xiądz zna?
— Płazów? ha? a! wiém, wiém, pozawczoraj zaszyłem mu fałsz w żupanie, co się był opruł, ślicznie mnie o to prosił, no, i coż Płazowie?
— Oni podobno bardzo licho mieszkają?
— Co? gdzie? licho? dla czego licho? ot to! mają dwie izby porządne gdzie była stolarnia brata Antoniego, a w dodatku spiżarnię na prze-