Strona:Józef Ignacy Kraszewski - Jak się pan Paweł żenił i jak się ożenił.djvu/99

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.
—   91   —

się z powiek potoczyły. Siadł na krześle, bo nogi się zatrzęsły.
— Ha! Skończyło się nasze życie spokojne! Po wszystkiem! Nie ma już co wątpić i nie ma mnie tu co robić.
Mnie, to nic! ale jak on biedaczysko da sobie rady z żoną, żeby i aniołem była! która nie będzie tak ulegała jak ja! Piekło w domu za tydzień będzie! niech oczy moje na to nie patrzą.
Wstał i poszedł do swojéj izdebki przy kredensie w téj myśli, ażeby się w drogę wybierać, spojrzał na ten kątek spokojny, w którym lat tyle przeżył, do którego jak grzyb przyrósł, sił mu zabrakło, załamał ręce. Nigdy w świecie ani przypuszczał, ażeby się mógł kiedy potrzebować wynosić, zdawało się niepodobieństwem wyrwać się ztąd i żyć gdzieindziéj.
Chciał wątpić o nieszczęściu, obrączki w papierku nie dozwalały.
Nie powiedziawszy o swém odkryciu nikomu, Kasper obiadu odmówił i do wieczora przesiedział w swéj izdebce przybity tak, że chłopca kredensowego ani razu nie połajał. Nadszedł zmierzch, przyszła noc, odetchnął spać się kładąc i myśląc, że choć jeden dzień zyskał jeszcze.
Nazajutrz obudził się rano, już nieco łagodniéj usposobiony, przypuszczał, że stary pan go nie wypędzi i że mu w jego niedoli może być potrzebnym. Żeby miał się choć przed kim poskarżyć! mówił