Strona:Józef Ignacy Kraszewski - Jak się pan Paweł żenił i jak się ożenił.djvu/96

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.
—   88   —

Cały dzień chodził z obwisłą głową, i przypuszczając i nie dopuszczając, aby to mogło się stać.
— A jeżeli sobie ten kamień do szyi przywiąże, to, jak zbawienia pragnę, wszystkiemu winien Rejent. Jak się ten ożenił, tak mój za nim. Możesz ty, mogę i ja. Na złość. Pięknie na złość! takiego figla zrobić własnéj fizyognomii! — wzdychał Kasper.
— A jeżeli się, panie uchowaj, sprawdzi, mnie już nie zostaje tylko się odprawić. Ja na tę rewolucyę patrzeć nie chcę! Zginie wszystko, przepadną Kozłowicze, pan się zagryzie, nie wytrzyma. Niech tego lepiéj oczy moje nie widzą. Siądę na dewocyi gdzie przy klasztorze, bodaj zakrystyanem zostanę, a tu nie wybędę.
Rozgorącowawszy się tak Kasper, zmiarkował się prędko, że obawy na żadnéj jeszcze podstawie trwalszéj nie były oparte i uspokoił się, że żyd mu naplótł nic do rzeczy.
— To nie może być! — powiedział sobie w duchu — sensu w tém niema. Żyd bałamuci, a jam niepotrzebnie wziął do serca. Nie może to być. Jeszcze chodził tak to przypuszczając, że nieszczęście się stać mogło, to sam się reflektując, gdy kałamaszka rejenta stanęła przed wrotami.
— Jest pan? — zapytał zdaleka Kaspra.
— Nie ma go, wczoraj jeszcze pojechał do Pińska.
— A jego tam co pognało?