Strona:Józef Ignacy Kraszewski - Improwizacje dla Moich Przyjaciół.djvu/59

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


kiem na widok poczwarnéj twarzy, garbu i łachmanów; chciałem ją rzucić w wodę, rozbić jéj ładną głowę o kamienie — tak byłem zły — krew wrzała we mnie; ale drugie jéj spojrzenie ułagodziło wszystko; skrzywiłem tylko usta, którym warg brakło, jakbym się chciał rozśmiać, i cicho odezwałem się, że ją przez rynsztok przeniosę.
Ona niechciała, bała się, bym mojém dotknięciem nie skalał jéj sukienki; byłem zły, znowu chciałem ją zabić, lecz wstrzymałem się, spójrzałem na jéj oczy i padłem wszérz rynsztoka, z ciała mego robiąc jéj kładkę do przejścia. Myślałem, że ten anioł nie zechce tknąć nogą nędznika, wyciągnionego jak bryła głazu