Strona:Józef Ignacy Kraszewski - Improwizacje dla Moich Przyjaciół.djvu/58

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


ciętemi wargami, na chwiejących się nogach, nie pytając co z sobą zrobię, nie troszcząc się czém utrzymam dane mi życie?
Zmrok był, deszcz lał jak z rynny, w rynsztokach wrzała woda ulewą wezbrana, ja leżałem w kącie ulicy i patrzałem na niebo, a deszcz lał mi po gębie roztwartéj, obmywał mi twarz zbrudzoną i płynął po obnażonych piersiach.
Wtém widzę dziéwczę, to samo dziéwczę z przedkościoła; jedną ręką utrzymuje nad sobą parasol, drugą podnosi suknię, stoi nad rynsztokiem i przejść nie może, bo woda wezbrana nie dozwala. Ja patrzę, wstaję i zbliżam się ku niéj; ona spójrzała na mnie i cofnęła się kro-