Strona:Józef Ignacy Kraszewski - Improwizacje dla Moich Przyjaciół.djvu/55

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


nęła krew własna — cały byłem we krwi i serce we krwi pływało. Dziewczyna przeszła mimo, nie spójrzała nawet na mnie, i śmiejąc się, rozmawiając z jakimś młodym mężczyzną, znikła mi z oczu. Ja rzuciłem się na kupę śmieci i błota, tarzałem się w niéj bez pamięci, patrzałem czy nie znajdę czém życia odebrać, ale nic nie było, nawet skorupki, którąbym mógł poderznąć sobie gardło; musiałem żyć i cierpieć.
Po południu deszcz lać zaczął, obmył mi skrwawione skronie, orzeźwił nieco — usnąłem.
Okropne uderzenie obudziło mnie; ujrzałem koło siebie posługacza kościelnego z kijem w ręku; krzyczał na mnie, żem śmiecia nie wymiotł;