Strona:Józef Ignacy Kraszewski - Improwizacje dla Moich Przyjaciół.djvu/127

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


gniska, z lubieżném spójrzeniem, z ciałem ulaném dla saméj roskoszy. Spójrzawszy na nią, nie pytałem kto była; dość na tém, że była zachwycającą!
Niewiém jakem nie skonał z roskoszy, kiedym jéj śpiew usłyszał, kiedy mały mój towarzysz patrzał na mnie i Rosę swą pokazywał z tryumfem, jak boginię harmonji. Złączyłem się z niemi. Cały dzień przeszedł nam, jak mgnienie oko; nasyciłem się muzyką, graliśmy i śpiewali, a Rosa ku wieczorowi więcéj mię jeszcze od muzyki zajęła. Rosa była jego żoną. Byli ubodzy, bardzo ubodzy oboje; on żył z muzyki, ona z jego pracy; byli biédni, byli smutni, a moje przybycie, moje postępowanie z niemi tak ich uszczęśliwiło, żeśmy się ledwie