Strona:Józef Ignacy Kraszewski - Dziadunio.djvu/304

    Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
    Ta strona została uwierzytelniona.

    na ganek... Posłuszny, przywitawszy ledwie radzcę, którego zostawił Szymborowi, młody chłopak poszedł za swą poprzedniczką...
    Podał jej rękę z uśmiechem — ale Iza mierząc go wzrokiem grozy pełnym, stała w miejscu jak przykuta, przypatrywała mu się gniewna, milcząca... gotując do wymownego szturmu.
    — Mamże oczom wierzyć? zawołała nareszcie — wy... wy!! w tym stroju... w obozie partyzantów mających niby bronić sprawy straconej... bez mojej wiedzy... nagle, nierozmyślnie... ale to rzecz niepojęta, niewytłumaczona, nie do wiary... mów pan! uniewinniaj się!! — Jest to zaparciem zuchwałem tego uczucia któreś mi pan po stokroć poprzysięgał?...
    — Posłuchaj mnie pani cierpliwie, wejdź w moje położenie, rzekł Władek powoli — nad wszelkie przekonania osobiste... wyższe są wymagania honoru... Jesteśmy zrodzeni i wychowani w poczuciu solidarności narodowej takiej, że kto w chwili, choćby rozpaczliwego ruchu, uchyla się od niego, osądzonym jest i zdrajcą... Wszyscy młodzi ludzie idą, musiałem iść — idę...
    — Czy pan wierzysz w to że kraj zbawisz? że garstka zapalonej młodzieży podoła sześćdziesięciu