Strona:Józef Ignacy Kraszewski - Dziadunio.djvu/273

    Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
    Ta strona została uwierzytelniona.

    — Ten mi coś wygląda na arystokratę! rzekł oficer.
    — Ale ja za niego ręczę... odparł Autek... pójdzie.
    — Choćby przyszło ze sztyletem iść? spytał najmłodszy.
    — Nie, ani on ani ja się na to nie ofiaruję — rzekł Antek. — Będziemy się bić w polu...
    Chłopcy spojrzeli na siebie ironicznie.
    — Tak, wy jesteście wszyscy rewolucyoniści starej szkoły, co chcecie wodą różaną ojczyznę z letargu otrzeźwić!
    — Nie, odpowiedział Antek — na placu boju — ofiarujemy wam krew naszą...
    To wystąpienie Siekierki na chwilę ostudziło przybyłych, ale wkrótce znowu żwawe się rozpoczęły rozprawy. Tymczasem Władek z Hanną siedział w kątku sali i sam się nie postrzegł jak mu na rozmowie z nią godzina długa ubiegła... Zrazu chłodny, trzymający się na wodzy, roztopniał pod wejrzeniem jej... zapomniał o Izie, zbliżył się do naiwnego dziewczęcia... Serce mu nie uderzyło, ale czuł się ku niemu pociągnionym... a — co gorzej — Hanna wyczytała w jego oczach, mowie, głosie... więcej niż była powinna.... a gdy się rozstawali