Strona:Józef Ignacy Kraszewski - Dziadunio.djvu/271

    Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
    Ta strona została uwierzytelniona.

    — Przyślecie mi książek... oddam je w całości, pożyczycie mi nut. Mylę się... przywieziecie mi sami nuty i książki... dacie mi jałmużną kilka godzin waszego życia — to przyjmę.
    Podała mu rękę wesoło, Władek pocałował ją... spojrzał mimowoli — mimo pracy była to ładna pulchniutka rączka z długiemi paluszkami... różowa, młoda, ale mówiąca o szlachetnem sercu...
    Któż nie wie że ręce tyle mówią!!
    Władek byłby z chęcią przedłużył rozprawę... ale Hanna sama zwróciła się ku domowi a Nero rad z powrotu naszczekując ich poprzedzał.
    W saloniku spotkało młodego człowieka dziwne, chmurne jakieś wejrzenie Antka... który zazdrości swojej ukryć nie umiał.
    Oprócz niego i profesora znowu zatopionego w konstytucyi, było jeszcze parę osób świeżo przybyłych... Jeden z nich w mundurze wojska moskiewskiego z twarzą bladą ale dziwnie energicznego wyrazu i oczyma przenikającemi... zmierzył wzrokiem niedowierzającym Władka, który mu znać może za arystokratycznie wyglądał. Dwaj jego towarzysze byli to młodzi chłopcy żywego temperamentu... Starszy nieco zmierzył wchodzącego Władka od stóp do głowy ciekawie... i zaraz się na bok