Strona:Józef Ignacy Kraszewski - Dziadunio.djvu/270

    Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
    Ta strona została uwierzytelniona.

    — Dziadek mi kazał... odezwał się Władek, byłem mu posłusznym.
    — Ale wierzcie mi że my tego nie potrzebujemy, tryb życia do któregośmy nawykli nie kosztuje wiele, mam lekcye w mieście... Profesor ma pensyjkę emerytalną... ogródek nas po trosze żywi i wiecie że tego roku wynajęłam jabłonie? a jak mi jeszcze braknie, wieczorami ręczne roboty, to rozrywka... Zawsze znajdę w mieście życzliwych co je kupią.
    Wiesz kuzynku, dodała śmiejąc się, ja przy mojem skromnem ubóstwie od niejednego jestem bogatsza.
    — Wierzę, podziwiam — rozumiem cię, droga panno Hanno, ale ja mam rozkaz od Dziadka, wyraźny, naglący, abym w ostatnim razie te pieniądze jako depozyt w waszych rękach zostawił. Gdy zechcecie oddacie jemu.
    To mówiąc wysunął znowu kopertę. Hanna stanowczo rękę jego powstrzymała.
    — Nie przyjmuję, rzekła — posłów nie ścinają ani wieszają... ale niechno Dziadunio przyjdzie sam, dopiero się z nim rozprawię...
    Zamiast tego daru... dodała... ja was o co innego prosić będę.
    — A! co każecie!