Strona:Józef Ignacy Kraszewski - Dziadunio.djvu/269

    Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
    Ta strona została uwierzytelniona.

    ale doprawdy ta jego troskliwość jest zbyteczną... a tak upokarzająca rzecz...
    Zwróciła nań oczy łzawe.
    — Nie — nie! rzekła — ja się wam jako krewnemu, jako przyjacielowi wytłumaczę szczerze... Ja moją pracą wystarczam na wszystko... a mnie ona nie cięży, jest miłą... czyni mnie dumną... Teraz poczciwy dziadek będzie już siedział w domu... myśli jego zwróciły się w inną stronę.
    — Ale dla czegóżbyście na wszelki wypadek... nie mieli przyjąć?
    — Dla tego, odpowiedziała Hanna, że wziąwszy nie mogłabym może oddać, a jałmużny... o! nie zabijajcie nas jałmużną...
    — Droga kuzynko — odezwał się Władek — jesteśmy krewni, nie zwijcie tego jałmużną...
    — Jakże chcecie bym nazwała? darem? pomocą? dobrodziejstwem? Ale to wszystko ma jedno znaczenie. Wam dać jest miło, ale odbierać jak boleśnie... Z ubóstwem mojem ja czoło podnoszę uśmiechnięta... bo mi ono starczy... czuję się równą każdemu... żebraczka... a! nie! nie! Wstała z ławki, i odsunęła rękę Władka.
    — Nie miałem myśli uczynić wam przykrości