Strona:Józef Ignacy Kraszewski - Dziadunio.djvu/25

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


frymarczyć nikomu na myśl nie przychodziło. Była ona dla głębiej widzących czemś więcej niż warsztatem pracy, bo spójnią z ludem i narodem...
Wiele dziś, i po części słusznie, zarzucają przeszłości naszej — ale nie była ona tak czarna jak się w świetle nowych idei wydawać może; znaczniejsza przynajmniej część szlachty czuła a rozumiała swe powołanie wedle pojęć ówczesnych... Dziadek nie przypuszczał, żeby bez ostatecznej konieczności spadku po rodzinie wyrzec się można dla ocalenia trochy spokoju lub zyskania swobody. — Pomyśleć nie mógł by człowiek nowy, obcy zawładnął tym ludem, ziemią i chłodną stopą deptał drogie pamiątki. Jął się więc mężnie pracy jak parobek, jak ekonom, wyrzekając się dobrowolnie swobodniejszego życia, zakopał się na wsi, ograniczył potrzeby do ostateczności, stał się skąpym i powoli... powoli majątek oczyszczać zaczął. Radzono mu ożenić się i posagiem wyratować, ale na samę myśl takiego frymarku oburzywszy się zaklął, że póty żony nie weźmie póki choć grosz długu mieć będzie. Miał mało co więcej nad trzydzieści lat, gdy po spłaceniu ostatniego kredytora... mógł sobie towarzyszki poszukać. Serce świeże, uczucie niewyczerpane, obyczaj surowy dozwoliły mu pokochać, znaleść