Strona:Józef Ignacy Kraszewski - Dajmon.djvu/132

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.

Naostatek pióro wypadło mu z ręki, osłabł i rzucił się na poduszki, nie spojrzawszy na profesora, jakby o nim zapomniał. Przymknął powieki, pierś podnosiła się żywo i gwałtownie.
Sieniuta zbliżył się do niego ze szklanką napoju, który doktór dla uspokojenia go przepisał; ale Adrjan z wolna ją odepchnął, i potrząsłszy głową, pozostał z przymkniętemi powiekami, oparty na poduszce.
Ręką tylko ponowił znak dany wprzód profesorowi, aby się oddalił. Nie było tu już nic do czynienia. Matka, Lenia, Sieniuta, wszyscy razem pozostali we drzwiach na czatach. Obawiano się ataku jakiego.
Adrjan nie spał, najmniejszy szelest wprawiał go w nerwowe drganie. Kilka razy usiłował się podnieść i pióro pochwycić znowu, ręką szukał go po stole i dłoń opadała bezsilna...
Stojący we drzwiach niemi świadkowie tej walki z Dajmonem, mieli łzy w oczach. Matka się modliła, aby sen przyszed? na ratunek. Profesor też, któremu Adrjan do opium wziętego się przyznał, spodziewał się tego skutku po gorączkowem marzeniu...
W istocie, oddech lżejszy zwiastował wkrótce, że sen spadł na powieki. Sieniuta mógł wejść i zabrać światło nie przebudziwszy go... Przymknięto drzwi i spłakana matka z Lenią wróciły nadedniem do swojego pokoju. Sieniuta wierny siadł na balkonie.






Nazajutrz rano, dłużej niż zwykle Adrjan nie wstawał, nie poruszywszy się prawie od chwili gdy padł na poduszki, spał do późna. Gdy się przebudził wreszcie, zakaszlał mocno, i profesor przybiegł do