Strona:Józef Ignacy Kraszewski - Cześnikówny.djvu/144

    Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
    Ta strona została uwierzytelniona.

    — No — to po szatańsku — począł zniecierpliwiony generał. Szukam Skórskiego? wiész gdzie jest? daj mi go?
    — A tak? rozśmiała się Cześnikówna, żebyś ty sobie jego wziął a ja go nie miała. Ja tego nie chcę...
    — A mścić się pragnęłaś całe życie...
    — Prawda... ino pomaleńku. Raz tylko po pijanu szatan mnie skusił bym mu głowę rozbiła... Był to wielki grzech... Skryła się w dziuplę krzycząc: — Dobranoc jegomości... Idź spać! idź spać! słonko krwawe na zachodzie! zachodzie... wilcy na żér idą, kto się z niemi nie zna, niech po lesie nie wędruje. — Idź spać...
    Generał zmięszany stał pod dębem... dumając i nie wiedząc co począć daléj. W swojém życiu spotykał istot wiele, które miały i niespełna rozumu i w różnych stopniach spokojne, peryodyczne, cząstkowe obłąkanie — ale podobnéj istoty nie widział nawet w Ameryce ani w Indyach, gdzie słońce na ludzkim mózgu gra jak na odstrojonych organach.
    — Dyabeł w niéj siedzi! zawołał z cicha sam do siebie.
    Cześnikówna dosłyszała.
    — Musi to tak być — rzekła z góry — ja go nawet w sobie czuję. — Przychodzi z wizytą, zawichrzy mi w głowie, ogonem zakręci pod czaszką... zapiecze w piersiach i rusza daléj. Ksiądz go próbował wypędzać, nie daje się. — Pójdzie za interesami i powraca do domu... Cha! cha! dobranoc...
    Hochwarth chodził pod dębem spoglądając na słońce. Do chaty leśnika, koło któréj konia zostawił, kawał było niewielki — nocy i wieczoru się tak dalece nie obawiał, bo z różnemi drogami był obyty, i nad Orenoką nie jednę noc przebył w lesie.
    — Héj, słuchajcie no, panno Cześnikówno, zawołał, podnosząc głowę do góry, pogadajcie ze mną jak należy.
    Wy tego samego chcecie co i ja, przecie gdy dwóch z jednym wojnę prowadzi, to się za ręce biorą.
    Śmiech się dał słyszéć z góry.
    — A gdzieżbyś ty mnie chciał wziąć za tę rękę, która była i w błocie i we krwi. — Ja ciebie o pomoc nie proszę, a ty mnie daj pokój... bywaj zdrów bo cię wilcy zjedzą, żalby mi było takiego uczciwego człowieka...
    — Z szalonemi niéma rady! burknął generał chcąc odchodzić..