Strona:Józef Ignacy Kraszewski - Było ich dwoje.djvu/99

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.

u jego łóżka, radząc mu na jego chorobę nieochybne lekarstwo.
Słowem, do popołudnia zwinęła się tak, że bryczka stała zaprzężona przed gankiem.




Maryś nie mówiąc już nic, wzięła Staszka pod rękę i poszła z nim na przeciwek do rejenta.
— Przyszłam, odezwała się podchodząc do jego łóżka, podziękować panu za mojego narzeczonego...
Rejent wzruszony wyciągnął ręce wychudłe.
— Nie winienem, Bóg mi świadek — zawołał, że ta sobie oczy nadwerężył. Nie zmuszałem go do pracy... W Bogu nadzieja, że mu wzrok przywróci. Widziałem tego przykłady...
Ah! mój Boże — dodał, zabieracie mi go! zabieracie. — Jak-że mi pusto będzie w mojéj chacie. To była jedna moja pociecha.
Szczęściem nie długo pewnie... tęsknić za nim będę.
Staszek zapłakał.
Przysunąwszy się, w nogi i po rękach rejenta całował.
Tak rozstali się.