Strona:Józef Ignacy Kraszewski - Bracia rywale.djvu/44

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


wszystkich smutnych, dzierżawca starał się być jak najweselszym, humoru i ochoty dodawał.
Nie skutkowało to jednak. Ks. Paczura coraz to spojrzał na swoich chłopaków, uśmiechnął się do nich i coś szepnął. Młodszy Hołłowicz tymczasem chleb sobie obficie masłem smarował, a starszy z talerza ściągał, bo ich tu nic więcej nie obchodziło.
— Niechże się jegomość dobrodziej już nie frasuje — zawołał dzierżawca, który też darami Bożemi nie gardził i gębę miał pełną — już ja ręczę, że lepszego dyrektora i dozoru na całym świecie niema jak u Miniewskiego. Przeszło już przez jego ręce dzieci dosyć. Rygor jak należy, dyscyplina zawsze pod ręką.
Skrzywił się proboszcz.
— A! rószczką dziateczki Duch Święty bić radzi! — mówił Hołłowicz, a doroślejszych dyscyplina rozumu uczy.
Chłopcy, którzy dotąd znali tylko linię Matłachewicza, pospuszczali oczy.
Śniadanie miało się ku końcowi, talerze stały zupełnie puste, a masła resztę palcem już do ust młodszy syn dzierżawcy przenosił. Proboszcz wstał, rzucili mu się chłopcy do nóg, bo ich Magdalena nauczyła, lecz ks. Paczura podniósł ich zaraz i do piersi przycisnął.
— Niech Bóg błogosławi — rzekł stłumionym głosem — prowadzi i odprowadza. Uczcie się, Boga bójcie i wracajcie mi zdrowi.
Szli wszyscy, żegnając się do progu, Hołłowicz powtarzał jeszcze.
— Niech jegomość dobrodziej będzie spokojny.
W sieniach nikogo nie było, ale przed plebanią, choć deszcz ciągle kropił, stali wszyscy. Zapłakana stara Magdalena oczy chustką ocierała; kulawy Mamert usta oddął, aby nie pokazać, iż mu się też płakać chciało. Wdali Wicicha i Hruszka i głupi Bartoch, kiwali chłopcom głowami. Z otwartemi ustami, skrzywiony okrutnie, z ręką za pasem, stał Bartoch z oczyma wlepionemi w chłopców. Jednego Matłachewicza,