Strona:Józef Ignacy Kraszewski - Bracia rywale.djvu/43

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


że deszczyk kropił, co, jak wnosił już proboszcz, podróż mogło powstrzymać, nadjechał Hołłowicz węgierskim wozem wyładowanym, gdyż i dwu swoich synów zabierał, a siano i owies zwykł był brać z sobą w drogę.
Na przedzie było wysłane siedzienie, a gdy jeszcze upakować przyszło dwie skrzynki Wacka i Wicka, obawiać się zaczął ks. proboszcz o osie. Uczynił nawet tę uwagę, lecz dzierżawca mu zaręczył, że nie ugiąwszy się stodołę by uniosły. Szli wszyscy do kościołka, a przodem chłopcy oba. Ks. Paczura tak powoli, jakby chwilę wyjazdu odwlec pragnął. W zakrystyi już leżały ich dwie komeżki białe, które po raz ostatni wkładać mieli. Stał Mamert z założonemi rękami, spoglądając na przygotowania do mszy. On już był zawczasu i przykrycie zdjął z ołtarza i świece zapalił. W kościołku, na wieść o tej mszy na intencyą dzieci, zgromadzili się z plebanii wszyscy, nie wyjmując głupiego Bartocha klęczącego w kruchcie koło chrzcielnicy. Chociaż msza czytaną być miała, Matłachiewicz grać musiał na organach i śpiewać.
Z miasteczka też przybył Seredowicz, kilku mieszczan i babek. Im żal było chłopiąt szczególniej dla tego, że ich przy nabożeństwach brak być miało.
Ze wzruszeniem powoli mszę świętą czytał ksiądz Paczura. Po ostatniem przeżegnaniu, przy którem spojrzał na klęczących synowców, jakby łza mu się zakręciła w oku. Powrócili do zakrystyi. Tu, po modlitwie krótkiej, ksiądz włożył komżę i stułę i wyszedł do ołtarza z agendą, pomodlił się klęcząc, zwrócił się dając znak chłopcom, by bliżej przystąpili, i cichym głosem nad schylonemi ich głowami odczytał błogosławieństwo.
Teraz wszystko było skończone; kulawy Mamert gasił świece wielkiego ołtarza, zasunięto obraz patrona, wszyscy poszli na probostwo.
Skromne śniadanko czekało w wielkiej izbie, do którego i dwu synów Hołłowicza wezwano. Widząc