Strona:Józef Ignacy Kraszewski - Bracia rywale.djvu/23

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


z poczciwą kobietą, która im miejsce matki zastępowała, zgodził się więc na to, ażeby szli z nią razem na folwark. Tuż za nimi ruszyli wszyscy ciekawi, a ks. Paczura sam jeden w wielkiej izbie pozostał.
Zaprawdę miał o czem się zamyślić, i nie dziw, że długo nieporuszony w miejscu, z oczyma wlepionemi w podłogę, jak wryty stał, wzdychając, modląc się może...
Lecz, po tej chwili trwogi i zwątpienia, jak gdyby mu nagle otucha jakaś do serca wpłynęła — podniósł oczy ku obrazowi Chrystusa i Matki Bolesnej — twarz mu się wyjaśniła znowu. Począł chodzić wielkiemi krokami.
W progu ukazał się Matłachiewicz.
— Niech będzie pochwalony — odezwał się.
— Na wieki wieków — rzekł stając proboszcz — a co tam?
— A nic! — śmiało począł organista. Jegomość słyszę ma gości! szyderskim dodał tonem.
— Bogu za to dzięki... sieroty mi zesłał...
— Albo to my wszyscy tu nie sieroty? mruknął organista... Niech tylko jegomość dobrodziej pomyśli, jak tu u nas i na te gęby trudno... co dopiero jak ich tu dwie przybędzie?
— Mój Matłachiewicz — przerwał ks. Paczura — nie psuj, że ty mi dobrej myśli, nie nadwerężaj nadziei, jaką w Bogu mam... proszę cię...
Łagodnie to były powiedziane słowa, ale z powagą, która organiście usta zamknęła.
— Zapewne — dodał — a co mnie do tego? co mnie do tego! Jaż ich karmić nie będę! Z życzliwości dla księdza proboszcza się rzekło, bo na sieroty są różne przytułki...
— To synowcowie moi — odparł proboszcz...
Matłachiewicz spytał o nabożeństwo jutrzejsze, i nagle, jakby urażony, wyszedł. Ks. Paczurze zachmurzyło się czoło. Zaledwie drzwi się za nim zamknęły, gdy Magdalena żwawo wbiegła. Zobaczywszy ją, stanął z rezygnacyą proboszcz pewny, że nowe go spotkają wymówki...