Strona:Józef Ignacy Kraszewski - Adama Polanowskiego notatki.djvu/358

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


ciwszy je na ścianach u siebie rozwiesił wydziwić się im nie mogli. Te późniéj do kościoła ofiarowałem. Tureckich namiotów cale ochędożnych miałem kilka, broni też, buńczuków, i zbroi zebrało się dosyć. Szyszak jeden srebrny trybowany, złocony, com go w Mołdawji za małe pieniądze kupił, drogo mi płacić chciano, alem frymarczyć nie lubiłem i pozostał u mnie. Złotnicy go na kilkaset złotych cenili. Srebro pono nie wielkiéj było próby, ale robota wyśmienita.
Samych kobierców ważnych perskich i tureckich, niemal cały wóz nabity przyciągnąłem z sobą do Połonki.
Sam jeden, niemając w początku co robić, bo szwager się sam około roli parał, wziąłam się do porządkowania mojej rezydencji, wedle fantazji a na wzór tego co się po świecie widywało. Ludzie mi to potem bodaj za złe poczytywali, sądząc żem im tem imponować chciałem alem się po prostu durzył tem i nic więcéj.
Siostra mnie zaraz żenić by była chciała, choć szpakowaciałem, i byłaby mi panien urodziwych dosyć napytała, alem żadnéj nieszczęśliwą czynić nie chciał, serca do żadnéj niemając. Kobiety mi też przez królowę i jéj fraucymer obmierzły, bom się takich napatrzył, że wstręt do całego rodzaju niewieściego powziąć od nich było można. Samo wspomnienie Boncourowéj starczyło.
Ta, wielką miała ochotę zrazu pomścić się na mnie, probowała mi na różne sposoby szkodzić, lecz się jéj niepowiodło. Podupadła potem wielce i była jednego razu w takiéj potrzebie, że się do mnie uciekła o ratunek. Przebaczywszy jéj, pomogłem w istocie. Wydała się naostatek za starego francuza kuchmistrza