Strona:Józef Ignacy Kraszewski - Adama Polanowskiego notatki.djvu/356

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


trzył, że po sobie nic trwałego nie pozostawi, krom chorągwi Mahometa w Rzymie i imienia obrońcy chrześcijaństwa.
O nic się też dla siebie nie dopominał, a mówiąc o wyprawie Wiedeńskiéj, gdy ową straszną chwilę pod Parkanami przypominał, w któréj cudem z życiem uszedł, dodawał.
— To mi zapłaciło za wszystko żem sześć meczetów tureckich na kościoły obrócił.
Czasu tego pochodu pod Wiedeń, dokąd się czuł głosem Bożym powołany — jeszcze na Jakubie pokładał nadzieje, jeszcze się nim cieszył jak spadkobiercą, ale myśmy widzieli, mówić nie śmiejąc, że młodego pana nic polskiego nic naszego nie pociągało ku sobie. Oddawał co miał najlepszego księciu Bawarskiemu, Waldekowi, innym, z niemi rad przestawał, nadwszystko się pragnąc cudzoziemcom przypodobać — z polakami ani się przyjaźnił, ani przestawał... gminem mu się wydawali.
W królu był szlachcic jeszcze, w nim z francuzki narodzony królewicz — zamiłowanie to w obczyźnie z matki wziął, która polką się być oświadczając, nic nigdy w sobie polskiego nie miała
Pożegnawszy Wilanów, tak jakbym się z całą młodością moją pożegnał — wybrałem się precz z Warszawy z tem stałem postanowieniem, aby na wsi zamieszkać i Pana Boga chwalić na świat się więcéj nie wydobywając.
O dalszem też życiu mojem mało co mam do zapisania — było to powszednie nasze życie szlacheckie wedle prastaréj modły, bo się po wsiach mało co od wieków zmieniło. Powróciłem spodziewany i oczekiwany