Strona:Józef Ignacy Kraszewski - Adama Polanowskiego notatki.djvu/355

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


dziliśmy po tym opustoszałym pałacu i ogrodzie, oczy ocierając. Stał przed niemi ten pan nasz uśmiechnięty choć umęczony, z piłką i nożykiem w ręku lubujący się drzewkom swoim. Słyszałem to nieraz z ust jego — toć jedna istota jest co wdzięczną być umie, da mi kwiatek i owoc za moje staranie...
Wszędzie tu po nim pozostały ślady, albo ręki albo myśli jego, ale z nim kończyło się wszystko. Żadne z dzieci jego ducha, serca, rozumu, charakteru nie przejęło. Gdziekolwiek ta kobieta dotknęła czego splugawiła i zniszczyła...
Patrzyliśmy z boleścią na sadzone przez niego drzewka, o które teraz nikt nie dbał. Ogrodnicy szukali służby i rozłazili się. Pałac stał pustkami, książki, które on tak lubił, a miał ich tyle — na kupę pozrzucano — nikt się teraz nie tknął. Gdzie komu z nich książka była w głowie?
Ruina blizka patrzała zewsząd.
Zwłoki jeszcze nie pochowane stały, a po nim już tylko u ludzi wspomnienie zostało i baśnie, jakby go od stu lat pogrzebiono. Córka za niemieckim księciem syn z niemką ożeniony, wdowa ni polka ni francuzka do żadnego się narodu nie przyznająca... Młodsi synowie w perukach.
Gdzież tu było szukać potomstwa po Sobieskim, który do ostatniéj godziny polakiem był, polskim szlachcicem do szpiku kości! — a wszystko to przez jedną kobietę, jedne nieszczęśliwe ożenienie!
Jego ona przerobić nie potrafiła, ale dzieła i myśl bohatera zniszczyła.
Już przed zgonem, gdy z Załuskim o blizkiéj swéj mówił śmierci, widać było iż zrezygnowany na to pa-