Strona:Józef Ignacy Kraszewski - Adama Polanowskiego notatki.djvu/336

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Poruszył ramionami, a jam usłyszawszy to, aż do góry poskoczył.
— Na rany pańskie! — krzyknąłem, czerwieniejąc jakby mnie kto krwią oblał — jeszcze mi się to w życiu nie trafiło aby kto śmiał mnie o złodziejstwo posądzać! Stante pede biegnę na Zamek, niech inkwizycją czynią. Mam no to świadków gdym królowi, do Wilanowa jadąc, klucze wszystkie zdał i sepety z niemi, komu je potem zwierzył niewiadomo mi, ale to się łatwo okaże. Ja na mojem poczciwem imieniu nawet cienia takiego posądzenia dopuścić nie mogę...
— Czekaj no, nie strzelaj odparł śmiejąc się i mitygując Wojewoda — powinno cię to pocieszać, żeś w dobréj kompanji ze mną. Wszyscy przecie wiedzą że Was i mnie o to posądzać, śmieszna rzecz. Królowa nawet sama frymark ten tylko ma na myśli, żeśmy je Jakubowi wydali, a nie sobie przywłaszczyli. Ot co jest!
Musisz przecie domyślać się co się z sepetami stało? Gdzie one są?
— Właśnie że nic o tem nie wiem, bo późniéj o nich mowy nigdy nie było. Król ciągle niedomagał. To wiem, że do Wilanowa jadąc, klucze, jak zawsze, wszystkie oddałem królowi..., a potem ani już skarbczyka, ani garniturów, ani kluczów tych nie oglądałem. Żadam ścisłéj inkwizycji, wyjdzie oliwa na wierzch.
— Daj pokój — odparł Matczyński — samo z siebie wyniknie iż dochodzić będą. Siedź cicho jakbyś niewiedział o niczem. Dosyć wrzawy i zgorszenia bez tego. Być może iż Jakub sobie te sepety przywłaszczył, albo — —