Strona:Józef Ignacy Kraszewski - Adama Polanowskiego notatki.djvu/337

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Niedokończył i rzekł:
— Chciałem z ust waszych mieć jak to stoi. Garniturów w Jaworowie już nie ma. Albo je król odesłał do Żółkwi, albo Jakub zagarnął, lub — nie ręczę za królową, choć teraz się o nie upomina aby z siebie to na drugich zwaliła... Zwolna, paulatim, wszystko się wyjaśni. Ani ja, ani wy nie wzięliśmy ich przecie do kieszeni...
— Miałem się już do domu wybierać — odezwałem się, ale teraz krokiem się ztąd nie ruszę, dopóki z garniturami końca nie będzie. Nie mogę dopuścić tego ażeby kto posądzał mnie żem zbiegł ze strachu o inkwizycją, któréj sam pierwszy się dopominam.
Matczyński stał zamyślony pokaszlując.
— Ty wiesz — rzekł potem — iż król mi wszystko zwierzał, największy grzechby był wyspowiadał, gdyby go miał na sumieniu. O tych nieszczęsnych garniturach, któremi się chlubić lubiał, nic mi ostatniemi czasy nie wspominał. O ile przypomnieć mogę, pokazywano je, bodaj pośledni raz Polignacowi gdy przybył, bo ciekaw był wszystko oglądać... Królowa przy tem była i zachwycała się niemi, utrzymując że Sahajdaki do niczego się już nie zdały, że je należało na inne poprzerabiać klejnoty. Król się temu sprzeciwił mocno, chcąc mieć historyczne pamiątki zwycięztwa utrzymane tak jak były... Miały dla niego w tym stanie pretium affectionis. Zamknięto je napowrót de sepetów i na tem się skończyło.
— Bądź co bądź, panie Wojewodo, — odparłem — proszę i suplikuję, aby surową inkwizycją nakazano o te garnitury. Ja się z Warszawy krokiem nie ruszę, aż spokojnym będę, że się one znalazły. Żeby je kto