Strona:Józef Ignacy Kraszewski - Adama Polanowskiego notatki.djvu/334

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Stara, zwiędła, rozlana, choć zdrowa jeszcze i silna — powabu już dla nikogo mieć niemogła, niegdyś najśliczniejsza Marysieńka. Stroiła się pomimo to młodo, sznurowała usta, przymrużała oczy, — a przy tem brzękała miljonami, o które z Jakubem wojnę prowadzić miała.
Srom było patrzeć na te zabiegi, przez pamięć na tego bohatera, którego imie tak się nikczemnie poniewierało.
Mnie, jakom rzekł, nic tu już po ustąpieniu ze służby nie wiązało, oprócz ciekawości. Do Jakuba się nie mogłem przywiązać, a od Aleksandra odstręczała matka. Trochę znużenia pozbyłem się łatwo wypocząwszy, mogłem więc swobodnie się obracając, być spektatorem tylko, do niczego się już mięszać nie chcąc. Nie suponowałem iż się doczekam tego, że siedzieć będę musiał — poniewoli.
A stało się to z następującej przyczyny.
Miałem sobie przez króla powierzane klucze jego skarbczyka, w którym się część klejnotów, oręża, kosztowności różnych, papierów i pieniędzy przechowywała. Bywało tak że gdym się oddalał na czas jaki, bo mnie posyłał w ważniejszych sprawach, gdy pisać nie chciał, albo pieniądze znaczniejsze przewozić było potrzeba — klucze zdawałem panu a potem je znowu odbierałem.
Między innemi precjozami były u mnie owe sławne garnitury, zdobyte na Kara-Mustafie pod Wiedniem, kosztowne bardzo i piękne. Każdy z nich składał się z bogato sadzonego Sahajdaka czyli, jak u nas pospolicie denominowano, Łubu, z szabli, noża, zegarka i siądzenia na konia.
Jedne były turkusami perskiemi, drugie rubinami