Strona:Józef Ignacy Kraszewski - Adama Polanowskiego notatki.djvu/325

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


nagle — drgnął i Załuski postrzegł iż się pochylił ku poduszkom.
Nadbiegli doktorowie — ruszony był apopleksją, — mowę postradał. Na krzyk królowéj, który się rozległ po pokojach, Senatorowie od stołu się porwawszy choć niektórzy z nich ledwie się na nogach utrzymać mogli, nadbiegli otaczając łoże. Lament powstał wielki, puszczono krew. Rozeszli się wszyscy. Była nadzieja utrzymania przy życiu — ale trzeba było widzieć ów popłoch jaki się wszczął, owo przerażenie, od którego wielu się otrzeźwiło nagle. Niektórzy natychmiast konie podawać kazali spiesząc do Warszawy — inni pozostali czekając końca.
W tem król tchnął silnie — poruszył się — oczy otworzył — i odezwał się głośno.
Stava bene!
Jakby mu dobrze z tem było iż przytomność postradał.
Nadzieja w nas wstąpiła, ale on snadź czuł że żyć nie może i prosił zaraz o spowiednika. Pozostał z nim zamknięty dosyć długo, bo niemal pół godziny. Zażądał sakramentów i wjatyku.
Królowa biegała poruszona — ręce łamiąc — to się zbliżając do chorego — to odbiegając do okna, to rozsyłając ludzi — to szlochając, to narzekając. Widać było że nie tyle śmierć ta w niéj budziła żalu co obawy o przyszłość.
Po przyjęciu sakramentów, król położył się spokojnie bardzo — ale nie wiele czasu upłynęło, gdy doktór który go za rękę trzymał, puścił ją i powieki zwolna przywarł.