Strona:Józef Ignacy Kraszewski - Adama Polanowskiego notatki.djvu/322

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


by o zrobienie testamentu — opierał się do ostatka. — mówił przed Załuskim biskupem po kilkakroć że się to na nic nie zdało — bo gdy żywego słuchać nie chciano, jak się spodziewać mógł — aby z za grobu słowo jego miało wagę jaką?..
Ale może i nie to jedno skłaniało go do ociągania się. Po myśli królowéj ostatniéj woli uczynić nie chciał — a gdyby testament jéj był nie wsmak, ostatek by mu dni zatruła wymówkami i gniewy, krzykami i narzekaniami.
Tak, w oczekiwaniu ciągłem tego testamentu — nie śmiała go drażnić.
Przychodziła po kilka razy na dzień, wystrojona od swego towarzystwa, woniejąca, niby łagodna i troskliwa o zdrowie, — dopytywała o nie, dawała rady — starała się przypochlebić.
Król zawsze też grzeczny był dla Marysieńki — ale tylko o tyle aby ją ukołysać i nie podrażnić. Miłości tam żadnéj nie było. Wygorzała na popiół.
Uśmiechał się gdy wchodziła — ale swobodniéj oddychał gdy się oddaliła od niego.
Do wszelkich trosk i o Jakuba przyszłość też niemała przybywała. Nie mógł tego nie widzieć że królewicz przyjaciół nie miał, u szlachty miru nie pozyskał. Z twarzy nie miał w sobie nic pociągającego, patrzyła z niéj duma — chociaż niczem jéj osobiście nie mógł usprawiedliwić. Bił się nieraz mężnie — ale wodza z niego się nie spodziewano, nie wsławił się niczem, a takich rycerzy jak on siła mieliśmy w wojsku. Postawa była nie pokaźna, wątła, a strój cudzoziemski i obyczaj francuzki albo raczéj jakiś europejski — choć podówczas już wielu się tak nosiło, nie dawał w nim