Strona:Józef Ignacy Kraszewski - Adama Polanowskiego notatki.djvu/321

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


dzić, gdy tu mu nic nie dawano doprowadzić do końca.
Nie jeden raz, gdy z Matczyńskim sam pozostał, a serce mu się zbolałe otworzyło, słyszałem go powtarzającego.
— Co się z tym naszym krajem nieszczęśliwym dziać będzie — gdy ja oczy zamknę — nie śmiem myśleć nawet. Pragnąłbym pewnie tronu dla Jakuba — a życzyć mu go nie śmiem bo zamęczy go nieład jak mnie jak Kaźmirza znękał, a Michała zamordował. Za jego to może dolę, los się pomścił na mnie.
Lecz niechżebym ja cierpiał, ale nie ta nieszczęśliwa Rzeczpospolita.
Dźwignął ją oręż i zwycięztwa — trochę ducha rycerskiego tchnąć się udało w zniewieściałych — cóż potem? Owo rycerstwo się w rokosze obróciło — i w tę anarchję, na którą ani ja, ani żaden z moich nie poradzi.
Jakub też w waśni z matką i Aleksandrem nie utrzyma się pewnie, obu ich wyekskludują, — nie obiorą więcéj Piasta. — Przyjdzie niemiec z rakuskiego ramienia albo li francuz. Oboje licha warte. Gdyby niemiec umiał obuzdać warchołów, ale tego nie dokaże bez gwałtu, a gwałt wojnę domową wywoła. Francuz zaś, kto odgadnie!!.
I wzdychał.
— Wojna z Turkiem, mówił, narzekali na nią że przez nią ja chcę szlachtę wytracić! a ona jedna, gdyby nie konfederacje i związki cokolwiek nas uszlachetniała. Zamiast wojny téj krzyżowéj — wolą się między sobą kąsać i zabijać.
Napastowano króla nieustannie, na wszelkie sposo-