Strona:Józef Ignacy Kraszewski - Adama Polanowskiego notatki.djvu/280

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


złożywszy, ujść precz, ale Syrena ta swoim głosikiem srebrnym jak mię zaczęła wabić, a wesoło zabawiać i uśmiechać się i w oczy nieustannie patrzeć — zupełniem znowu osłabł i do dawnéj passyi powrócił.
Trzymała mnie do późna u siebie, ale szczęściem nowy jakiś jéj amant nadszedł, który mnie z posterunku niebezpiecznego zluzował.
Boże uchowaj dać się raz niewieście ująć za serce! Wiedziałem że ona sobie z mojéj miłości igraszkę czyni — że nic potem była, bo Szaniawski różnych historyi nowych dosyć mi nakładał w ucho — niepomogło nic — oszołomiła mnie znowu — żem wyszedł jak pijany zgoła..
Ale żem już do podróży wszystko rozporządził, wymogłem to na sobie iż nazajutrz, mimo pokusy wielkiéj wyjechałem szczęśliwie do domu.
Dopiero w podróży gdy mnie zdrowsze ogarniało powietrze, a od wsi naszéj wionęły wspomnienia — trochę ostygłem i przyszedłem do zmysłów.
Pani matce, gdybym był chciał dać o sobie znać naprzód nie mogłem, ani się mnie mogła spodziewać.
W drodze się tak dziwnie złożyło że po grudzie śpiesząc i w nocy zarywając, ledwie na samą wigilję rano w Łucku stanąłem. Tu już taka mnie ogarnęła niecierpliwość wielka iż ludzi i konie popodbijane zostawiwszy, do mojego wozu żydowskie nająłem i nie spoczywając prawie, wyruszyłem do domu.
Nie było jeszcze owéj gwiazdy na niebie która u nas znakiem jest podawania wieczerzy w ten dzień, gdy wóz mój przed ganek się zatoczył, a jam z niego wyskoczywszy, wszedł jak szalony prosto pani matce pod nogi...