Strona:Józef Ignacy Kraszewski - Adama Polanowskiego notatki.djvu/264

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


czający go, przeciwili się nowéj imprezie, prosili, po nogach go niemal całowali, ukazując że zdrajcom niemcom służyć daléj krwią naszą nie godziło się. Na co on ciągle odpowiadał jedno.
— Czci mojéj i wojska naszego wetować muszę. Odstąpiemy ich — ale wczorajsze nieszczęście Bóg da zwycięztwem sobie wynagrodzić musiemy. Tem męztwem król drugich też powoli natchnął — bo widząc go tak uporczywie stojącym przy tem, ducha też nabrali.
Działo się to dnia ósmego Octobris, a przy pomocy Bożéj, trzeciego dnia potem król mógł zawołać.
— Po wczorajszem zwycięztwie jakby mi lat dwadzieścia nazad wróciło!
Zwycięztwo zaś to nikomu innemu nie należało tylko naszemu panu, bo po owéj nieszczęśliwéj porażce pod Parkanami, jednym głosem wołali wszyscy. Wracajmy! dosyć już nas dla nich naginęło.
Król dla saméj czci rycerstwa polskiego na powrót zgodzić się nie mógł i z szybkością nadzwyczajną się zaraz do walki nowéj sposobił, wydając tejże nocy rozkazy, chociaż tak był potłuczony że ciało miał jak najczarniejsze sukno od sińców, na co wcale nie zważał, ani się zdawał czuć. Na radzie wojennéj, gdy wszyscy głosowali, aby do domu odciągnąć, słyszałem go gdy leżący wołał:
— Wojsko wczoraj podrwiło — ale się jutro poprawi, to nie nowina — Niemcy wcale nie są strwożeni, a my byśmy mieli ducha stracić.
Co o fortunie mówicie? zdepcę ją jako małpę, a Boga przebłagawszy, zobaczycie jutro odmianę.
Przyznać trzeba że i wymowne kazanie ks. Sko-