Strona:Józef Ignacy Kraszewski - Adama Polanowskiego notatki.djvu/259

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


ukazało i bronić chciało — stanąć od niego w mili i czekać na Cesarską piechotę i na działa, które za nami jeszcze dobrze pozostały.
Tymczasem straż nie pytając i nie dawszy królowi znać, dotarła aż do mostu, gdzie wojsko tureckie zastała, które właśnie w nocy przeszło przez Dunaj. Zwycięztwem uzuchwaleni nasi, nie czekając i nie oglądając się na nic poczęli się z niemi ucierać.
Nadjechał na to Wojewoda Ruski, który w niedostatku piechoty dragonom kazał zsiąść z koni, nie prezumując z jaką siłą mieć będzie do czynienia, gdy z zarośli i chrustów coraz większe kupy turków wysuwać się poczęły. Cofać się było zapóźno, boby i dragoni i reszta na zgubę pewną wystawioną została. Widząc się w bardzo niebezpiecznem położeniu, Wojewoda posłańca za posłańcem począł wyprawiać do króla, prosząc o posiłki i ratunek...
Ale nie powiedziano wcale że wojsko tureckie było bardzo znaczne, — więc my z królem bez piechoty, bez dział, można powiedzieć z gołemi rękami szliśmy dragonom w pomoc, którzy już odcięci byli i odbieżano ich...
Król nie miał jeszcze nieprzyjaciela przewagi najmniejszego przeczucia, uszykowano pułki, aż tu, nie daléj nad sto kroków przed nami wystąpili turcy, zastęp srogi.
W pułkach naszych więcéj pięciu tysięcy ludzi nie było, gdyż straty wielkie ponieśliśmy przez choroby, a wiele się z tyłu pozostało przy zdobyczach, stadach bydła, wozach, i t. p.
Król wprawdzie się zasępił okiem rzuciwszy przed się, ale nie stracił ducha, i tyle tylko że nas jednego