Strona:Józef Ignacy Kraszewski - Adama Polanowskiego notatki.djvu/254

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


to czasu nie było. Lekarstw zaś by nie zbrakło, bo między innym łupem, dostała się królowi wezyrska apteka osobliwa, z balsamami i ingredjencjami najrzadszemi i najkosztowniejszemi.
Co daléj ku Preszburgowi tyleśmy mieli pociechy, że dla koni pasza była lepsza i dostatniejsza, tak że wychudłe szkapy cokolwiek do siebie przychodzić zaczęły, gdyśmy już trwożyli się, że nam bodaj pieszo powracać przyjdzie. Za to między choremi na tą biegunkę okrutną śmiertelność sroga panowała. Chorych pomiędzy starszyzną nie zliczyć było, Wojewodowie krakowski, lubelski, Kasztelan sandomirski obłożnie, wołyński też bez nadziei prawie. Podczaszy lubelski Gałęzowski zmarł, Kizynk z rany tu skończył życie. Trafiało się tak, że niebyło komu dowództwa zdać i porządku utrzymać.
Król dzięki Bogu, choć innego owocu niemając, dereń dojrzały i berberys przegryzał, trzymał się zdrów dosyć, i jeździł Jaworyn twierdzę oglądać. Lekarstwo jednak z rady doktora zażył. Mnie do pana Wojewody Kochowskiego do Preszburga posyłał, zkąd wróciłem przerażony, bo jednym szpitalem zdało mi się miasto, tylu tam naszych leżało i codzień zmierało.
Skarżył się pan Wojewoda iż z tego aprehensją miał wielką, patrząc jak do koła nieustannie ludzie marli. Płaciliśmy za sukurs Cesarzowi dany drogo bardzo, bo nam młodzieży najznaczniejszéj siła się nie doliczyć potem przyszło.
Od turków tyleśmy wiadomości mieli iż Wezyr na paszów swych niepowodzenie składając, kilku ich udusić kazał.