Strona:Józef Ignacy Kraszewski - Adama Polanowskiego notatki.djvu/215

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Średniego wzrostu, postawa pospolita i niczem się nie odznaczająca, choć pewien wigor w niéj czuć. Twarz też opalona, czerwonawa, nos jak u papugi i oczy tylko żywe a rozumne. Chociaż do króla jechał — wcale się na ubranie nie wysadził, suknię miał szaraczkową z trochą galonów i guzików pozłocistych, kapelusz bez piór, buty żółte, ale zbrukane i mocno wytarte.
Słyszałem jednak gdy się król potem odzywał o nim z wielkiemi pochwałami i bardzo go wysoko szacując z téj prostoty i skromności a rozumu bystrego i znajomości sztuki wojennéj.
I tom słyszał, gdy król w rozmowie z nim rzekł śmiejąc się.
— Nie mamy się co tych turków i tego czarnego Musztafy obawiać, bo nieprzyjaciel który nam bez przeszkody daje most na Dunaju budować, i albo nie wie o nim lub nie dba — zaprawdę nie jest strasznym.
Król jego i innych gości przybywających na których nam nie zbywało, przyjmował, jak na obóz, wśród wojny, bardzo honeste i pańsko, bo ani jadła, ani wina nie brakło i — choć nie pito ale wszyscy sobie podweselili, nie wyjmując Lotaryngskiego, który zrazu wino lekkie pił z wodą, ale potem dał się i na węgierskie nakłonić.
Król bardzo rad był, bo się wszyscy oświadczyli iż w najmniejszéj rzeczy słuchać go będą i ordynansom jego podlegać. Szło mu po trosze o godność — ale pewnie więcéj o sukces, który zależał na tem ażeby jedna myśl i ręka kierowała wszystkiem.
Z obejścia się z panem naszym, z poszanowania dla niego, z radości jaka się na ich twarzy malowała, gdy się przypatrywali wojsku naszemu, znać było jak