Strona:Józef Ignacy Kraszewski - Adama Polanowskiego notatki.djvu/214

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


oglądać sam, nie spuszczając się na cudze oczy. Wydziwić się obcy niemogą, a i my też jak król czynny, rzeźwy, niezmordowany i na małem poprzestający.
Ja co go w pospolitem życiu, przy wszystkich wygodach widywać nawykłem często ociężałego i uskarżającego się na różne dolegliwości, tu go poznać nie mogłem. Duchem się dźwigał ale mocą cudowną. Nie dosypiał, nie dojadał, znużył się, a rzeźwy tak był, że Jakubek z nim nie wytrwał, choć starał się go naśladować.
Ale w Jakubku krew jakaś inna, charakter wcale odmienny — rzekłbym że z matki coś wziął, a cudzoziemcem pachnie. Zarzucić mu nie można, iż rycersko się stara okazywać, lecz z kanclerzem Maligny, albo z Dupontem miléj mu niż z polską drużyną i tam go serce ciągnie.
Szlachcica w nim już polskiego ani szukać, ni znaleźć.
Ale wracam do tego co nas spotykało, a naprzód do onego księcia Lotaryngskiego, o którym żeśmy się niezmiernie wiele nasłuchali z dawna, jako o wodzu znakomitym, wszyscy, nie wyjmując króla, byli go nad miarę ciekawi.
Ten królowi w kilkanaście koni zabiegł drogę, cum debita reverentia, bo szło o to wielce jak się postawi i czyze chce obok króla być niezależnym Generalissimusem, lub podda się komendzie pana naszego. Otóż miał ten rozum, iż nie pretendował zostać swobodnym, ale po dobréj woli ofiarował się słuchać, boć gdyby dwu rozkazywało, gorzéj jakby żadnego nie było.
Po naszym panu jak się nam ów wódz wydał niepoczesnym i z figury i z ubioru — wypowiedzieć trudno.