Strona:Iliada3.djvu/217

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.

Dom móy był ich gospodą: oba obrócili
Oczy na swe przymioty, w których się różnili.
Jeżeli stali razem podle oba z sobą,
Menelaus swą piękną celował osobą:
A ieżeli usiedli, coś więcéy zdaie się
Wydawało powagi, wtenczas w Ulissesie.
Gdy przy prawie obstawał swém w radzie król Sparty,
Nie krążył w długiéy mowie nazbyt rozpostarty,
Lecz w krótkich zwięźle słowach mówił i dosadnie:
Uliss, niż zaczął, wstawszy iak koley przypadnie,
Oczy w ziemię wlepione, i martwe trzymanie
W ręku berła, dawały znać w nim pomieszanie.
Lecz iak usta otworzył wdzięczno brzmiące, tłumem
Szły mu słowa, iak gęsty grad siekący z szumem:
Wtenczas na niepoczesną postać zapomniano,
Jego tylko wymowy z chciwością słuchano.„
Jeszcze raz Pryam, kto iest drugi ów wódz pyta,
Wyższy od wszystkich Greków? patrząc nań strach chwyta.
Helena na to: „To iest Aiax straszny, ściana
Grecyi, ze wszech, co ich iest, nieprzełamana.
Tam Jdumen wodzami z Krety opasany,
Nieraz od Menelaa gościem w Sparcie miany.
Bohatyrów bez liczby mianować mogę ci,
Których tu widzę, i ich w świeżéy mam pamięci:
Ale Kastor z Polluxem moi bracia kędy?
Nie dopiero ich okiem próżno szukam wszędy: