Strona:Iliada3.djvu/214

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.

Których podpałem były iéiże oczu wdzięki:
Nie wstydziłaby sztuka i Minerwy ręki.
„Pódź, mówi iéy bogini, pódź patrzyć na dziwy,
Woyskowi, z których buchał dopiero mord żywy,
Co mieli mężną dzieła krwią farbować nieraz,
Owo uspokoieni w mieyscu stoią teraz,
Wsparłszy się na puklerzach kopiie utkwili,
Zgiełk, poseł krwawych mordów, dał plac cichey chwili.
Parys z Menelausem zetrą się orężem
O twe wdzięki. Wykrzykną zwycięzcę twym mężem.„
Z ust bogini te słowa mocno poddymały
W sercu Heleny skryte piérwsze iéy zapały.
Wspomnienie Menelaia, oyczyzny, i krewnych,
Wytacza z oczu strumień łez natychmiast rzewnych.
Zapuściwszy się rąbkiem, wychodzi wzdychaiąc
Ku wałom, dwie za sobą służące tuż maiąc.
Na wieży wyniesioney nad Scee bramami
Siedział Pryam, skrążony siwemi starcami,
Których iuż nie nosiły na woienne szargi
Słabe nogi, lecz mądrość zasiadła im wargi.
Na tę się zgromadzali wieżą radzić spólnym
Usiłowaniem, równi świerczom lecie polnym,
Które na wysokiego drzewa samym wianku,
Siedząc, dzień cały głosem brzęczą bez przestanku.
Zeznać musieli, skoro Helena się zbliży,
Że przed nią wszelka niechay piękność się uniży.