Strona:Iliada3.djvu/209

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


ILIADY
XIĘGA III.

Przekładania X. Nagurczewskiego.|po=20px}}

Gdy iuż się oba woyska z wodzami na czole
Uszykowały, z hukiem Troianie szli w pole:
Właśnie tak górne tętnią obłoki od wrzawy,
Gdy czasu swéy przed zimą powietrznéy wyprawy
Żórawie skupiwszy się z sobą w lekkie roty,
Niosąc zgon Pigmeuszom, żartkiemi poloty,
Z niesfornym krzykiem wielkie morze przebywaią,
I zaraz srogą tamże bitwę im wydaią.
Zaś Grecy szczery ogień zieiąc, cicho kroczą,
Wzaiem sobie pomagać chęć niosą ochoczą.
Woyska oba przez pola sadząc raźnym krokiem,
Cmią powietrze powstałym z kurzawy obłokiem.
Tak wionąwszy południ wiatr mokremi pióry,
Za zwyczay szarą z wierzchu mgłą okrywa góry,
Woli ią niźli nocne omacki zuchwały
Złodziéy, a pasterz bardziey lęka się nieśmiały,
Bo daléy nie doniesie wzrok w nim natężony,
Jeno ile z rąk iego kamień wyrzucony.
Już się woyska stykały, iuż wsiąśdź miały na się,
A wtem naprzód z Troianów Parys wysadza się,
Urodą swą nad ludzi iaśniał okazale,
Z ramion zwieszony lampart spływa mu niedbale,