Strona:Iliada3.djvu/087

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


 
Mówiłbyś, że się straszny pożar zaiął w Troi,        413
I cały okrąg miasta w żywych ogniach stoi.
Ledwie wstrzymaią starca: gniewa się i łaie,
Że mu z Dardańskiéy bramy wyniśdź lud nie daie;
Do wszystkich po imieniu tkliwy głos zanosi,
I taczaiąc się w piasku, zmiłowania prosi.
„Pozwólcie mi wyyśdź z miasta, rzućcie wasze trwogi,
Nie tamuycie samemu do okrętów drogi:
Upadnę do nóg temu okrutnemu człeku.
Przecież uczci włos siwy, zlituie się wieku,
Ma oyca![1] który równie przywalony laty.
Ach! Peley dał mu życie, dla Troian zatraty!
Ze wszystkich zaś naybardziéy dla moiego bólu!
Iluż ia płaczę synów, których zabił w polu!
Lecz, bym tego wytrzymał zgon, nie masz sposobu:
Hektora śmierć ze smutkiem wtrąci mię do grobu.
O! czemuż nieszczęśliwy nie skonał w mych ręku!
Przynaymniéy ia i matka, wśród płaczu i ięku,
Martwegobyśmy trupa uchwycili wpoły,
I łzą obfitą drogie skropili popioły.„
Płakał, płakali z królem żałośni Troianie;
Hekuba ięczy, ciężkie ięk przerywa łkanie.
„Zacóż po tobie wlokę te życia ostatki?
Hektorze móy! ty byłeś ozdobą twey matki:
Tyś był obrońcą Troian, zasłoną ich progów,
I stąd cię szanowali iak iednego z bogów.

  1. Wyraz prawdziwie wysoki: Trudno co tkliwszego czytać nad koniec téy xięgi.