Strona:Iliada3.djvu/072

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Z wozem do kresu wartkim bieg przyśpiesza skokiem;        23
Takim dążył pod mury dumny Pelid krokiem.
Piérwszy rycerza Pryam zoczył na przestrzeni:
Swiecił się iako gwiazda, wschodząca w jesieni,
Jasność iéy w ciemnéy nocy biie przeraźliwa,
A psem ią Oryona pospólstwo nazywa:
Inne przechodzi gwiazdy błyszczącemi strzały,
Ale szkodliwe ludziom zwiastuie upały.
Takato iasność biła od zbroi rycerza.
Jęczy starzec, rękoma w głowę się uderza,
Nayczulszym wzywa głosem kochanego syna.
On stoi, w mężném sercu srodze się zacina,
Z Achillesem koniecznie chcąc się mierzyć bronią:
Biedny oyciec go prosi z wyciągnioną dłonią.
„Hektorze móy! nie czekay sam, od twych zdaleka;
Pódź synu! byś nie zginął od tego człowieka![1]
Siła mu wiele daie nad tobą korzyści.
By on bogom był w takiéy, iak mnie, nienawiści,
Okrutnik! psom i sępom ległby pastwą w polu,
A iabym ulgę uczuł, w moim ciężkim bolu.
Iluż mi wydarł synów mężnych, w boiu biegłych!
Tych zabił, drugich w wyspach zaprzedał odległych!
I teraz, kiedy uszli Troianie do miasta,
Dwa syny, których matka prześliczna niewiasta,
Likaon i Polidor przed okiem się kryią,
Nigdzie ich nie oglądam: ale ieśli żyią,

  1. W téy mowie Homer wystawia w nayczulszych wyrazach nieszczęścia, których doświadczł Pryam, i które ieszcze na głowę iego spaśdź miały.