Strona:Iliada3.djvu/071

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


ILIADA.
XIĘGA XXII.

Tak, w ucieczce strwożeni, iak pierzchliwe łanie,
Nareście oddychaią w swych murach Troianie:
Piią, gaszą pragnienie i z potu się chłodzą.
Grecy, z tarczą schyloną, pod szańce podchodzą.
Sam Hektor, iakby zgubnym okuty wyrokiem,
Stanął przy Sceyskiey bramie niewzruszonym krokiem.
Wtedy się Feb zwróciwszy, do Achilla rzecze:
„Jak ty śmiesz boga ścigać, śmiertelny człowiecze?
Co stąd zyskasz, żeś moich kroków się uczepił?
Nie znasz mię, bo cię zapał szalony zaślepił.
Lecz kiedy próżno latasz, a tymczasem starci
Troianie weszli w miasto, w murach są zawarci,
Stóy! mnie śmierć się nie chwyci, mnie cios nie przeniknie.„
„O! nayzwodnieyszy z bogów! Achilles wykrzyknie,
Zbłąkałeś mię: zwycięztwo z rąk mi się wyślizło.
Ilużby ieszcze Troian zębem piasek gryzło,
Nimby uszli do miasta! Mnieś pozbawił chwały,
Ich łatwo ocaliłeś: o! tryumf wspaniały!
Gdy twe bóstwo człowieka zemsty się nie lęka:
Gdybymci mógł! poznałbyś iaka moia ręka!„
To wyrzekłszy, ku miastu dąży zapalony.
A iako zwycięzkiemi sławny koń przegony,