Strona:Ignacy Krasicki-Bajki i przypowieści.djvu/072

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Glina przybrała postać okutej szkatułki.
Otworzył stratny, znalazł pozew i pigułki,
Rzucił, porwał ją złodziej i brzęczała złotem.
Ale gdy odbił zamek z niezmiernym łoskotem,
Przestraszył go natychmiast widok niespodziany,
Złoto znikło, znalazł się stryczek i kajdany.
Stawił butelek parę szampańskich —
Oto, rzekł, ekstrakt obietnic pańskich. —
Zrazu nic w nich nie było,
Cóż się potem zjawiło?
Oto coś jak się zaczęło burzyć,
Mięszać, przewracać, pienić i kurzyć,
Szelest zrobił się wielki,
Pękły obie butelki,
I znowu nic nie było.
Gdy to wszystkich dziwiło,
Jakieś dziwackie jął odprawiać szepty,
Jak grad na stolik leciały recepty.
Wziął jedną zdrowy, czytał, i słabo mu było,
Wziął chory, nic nie znalazł, i to uleczyło,
Spazmatyczna, co tam stała,
To na swojej wyczytała:
Chcesz nie bydź chora,
Strzeż się doktora.
Zmienił modne kornety w worek wypróżniony,
Zrobił pierścień z pszenicy, a kufer z karbony.
Zadziwili się wszyscy, on rzekł: To jest fraszka. —
Dał młodemu trzos złota, zostala się flaszka.
Postrzegł w ciżbie dworaka, dał mu pęcherz z złotem,
Kazał ścisnąć, natychmiast niespodziewanym zwrotem,
Odmieniwszy postawę prostą i obrzydłą,
Wystrzelił jak z armaty i wydał kadzidło.